od początku

sobota, 21 października 2017

powrót do tajemniczego ogrodu

jeszcze nie wiem, co tu napisać...
dla Magdy Spokostanki, wcześniej M. Dla jej przyjaciółki Ani M., która chciałaby, żeby o Magdzie pamiętano, mówiono, myślano.
Dla siebie. Dla nas wszystkich, którzy pamiętają.

Ten czas, sześć- siedem lat temu, kiedy byłyśmy świeżymi blogerkami. Kiedy zawiązały się więzi inne niż te, które łączą nas z dzisiejszymi "czytelnikami"- więzi wspólnoty nowych doświadczeń.
Byłyśmy wtedy inne, świat był inny i internet był inny.
Jak bardzo- mówi komentarz Magdy pod moim postem po śmierci Chustki. Wpis był naiwnie głupi, żegnałam się z ważną dla mnie osobą po swojemu, jak zwykle widząc rzeczy przez ogrody- żegnałam się pomarańczowym kolorem dyń i zdjęciami nagrobków z niemieckiej Landesgartenschau. Dzisiaj bym się zawahała, pomyślała, że ktoś uzna taki post za lans.
Na pewno nie byłaby to Magda, która napisała, jak pięknie się pożegnałam- po swojemu...

Bo taka była M.
Uważna, delikatna, szukająca w ludziach dobra. Przy niej byłam lepszym człowiekiem.
Pamiętam mój wpis o roz-czarowaniu, który ściągnął gównoburzę. I komentarz M.- że zrozumiała, że piszę o sobie, nie o kimś. Bo tak było, i tak może jest teraz.
Pamiętam zdjęcie rozwieszonego w sadzie prania, które zamieściła na swoim blogu jako wsparcie dla mnie. Od tamtej pory wciąż fotografuję pranie, za każdym razem dla M.

Chciałabym ją poznać. Nie zdążyłam, myślałam, że tyle czasu przed nami, że wpadnie kiedyś na Festiwal Blogerów...
Chciałabym, żebyście ją poznali.

W tamtych słodkich czasach bawiliśmy się na blogach w candy (do domu M.- za leśniczówką w prawo, pod górę, wąskim jarem. Później trzeba minąć dom Walków, ale nie od strony modrzewi, tylko od przodka. Tam już widać jałowce obgryzione przez kozy. Na szczycie pagóra mieszka czerwonoceglany dom. Miejscowi mówią, że to "na hubach". Albo na wybudowaniu. Kurierzy nas nie lubią. Ale pan pocztowy się ładnie uśmiecha, mimo, że nie został burmistrzem.- pojechała Dagny, której imię znaczy Nowy Dzień) i w wyróżnienia. Bloger, która otrzymał wyróżnienie od innego blogera, powinien przekazać je kolejnym osobom razem z pytaniami, na które każdy nominowany miał obowiązek odpowiedzieć.
(😆😄😜)
Któregoś razu do zestawu dziesięciu obowiązkowych pytań dodałam jedenaste- Kiedy myślisz o tajemniczym ogrodzie, o czym myślisz?
i rozesłałam je do wyróżnionych biedaków.
Odpowiedzi były tak piękne, że wszystkie je skopiowałam i trzymam w pliku pt. "Jedenaste- tajemnicze ogrody".
Część wciąż możecie przeczytać na blogach- to napisała M.
A to jest cudowny wpis Ani M. Naszej Polany. Artystycznej N (nominowanej zresztą przez Mar, bo pytanie się rozpełzło. Szkoda, że nie mogę linkować wpisu Mar ani schronienia, mają zablokowane blogi.). Gai (och, Gaju...). Zofijanny. Anety. I Grażyny.

Chciałabym, żebyśmy... może dalej się w to bawili. W te beztroskie internety, w bezczas. Chciałabym odnaleźć Mar i drogę do schronienia, i słuchać opowieści Pacjana/Izydora snutej jak przędza w kołowrotku, w wymarzonym domu Inkwizycji, na Naszej Polanie.
Najbliżej M jestem w Langenbielau. Byłaś w swoich Czereśniowicach- pytała. Byłam, podobałoby ci się.
Bielawski ogród- użytkowy, trochę wiejski, trochę "babciny", trochę miejski ze swoimi nowomodnymi liliami, anemonami i tygrysówkami- jest trochę tajemniczy, a trochę go nie ma.
Bo co to za ogród, bezstylowy, praktyczny, piękny tylko z kwiatów. Żaden ogród.
To nie ja mówię, to Tato TP.

 Bo co pięknego jest w groszku? M. by wiedziała, ja wiem. Groszek pokazuje, że nas kocha.
Trochę go nie ma, tego ogrodu, bo patrzę na niego z przyszłości. Kto by chciał to uprawiać, kto będzie chciał?
Trochę go nie ma, bo patrzę na niego z przeszłości. Tego muru tu tylko kawałek, a był...
 
Ławeczka jak stąd do wieczności.
 
 Bo co pięknego jest w groszku, M.?
 Co wzrusza w tych patyczkach?
 Widziałaś moje róże, pyta Mama TP. Moje astry, moje georginie. Nie ogród. Kwiaty.
 
Do prawdziwych Czereśniowic trzeba skręcić w prawo za stodołą.
 Później idzie się w dół łąk.
 Na podrożnych nieużytkach wyrosła już całkiem piękna murawa,
 
 w polu zboże zawsze zachabrowane,
a widok stamtąd taki- na Świat,
 Górę Milczenia
i Czereśniowice.
 
To nic takiego, sad na skraju lasu, ogród pod górami.
Trochę jest, a trochę go nie ma. Fizycznie prawie nie ma, sto lat, a może osiemdziesiąt, to dużo dla czereśni, wystarczająco. Jest we wspomnieniach, na zdjęciach mamy, taty i dwóch małych chłopców na pikniku pod czereśniami, w latach 60tych. Na zdjęciach innej młodej mamy z chłopcem o kręconych włosach i białoczarnym pieskiem, zdjęciach nigdy niezrobionych, bo jak miałam to ogarnąć, dziecko, psa, plecak i bukiet kwiatów marchwi. Na zdjęciach, na których dwoje dzieci w żółtych kurteczkach chlapie się w kałużach roztopów między czarnymi miotłami drzew.
Między konarami czereśni muszą wisieć niewidzialne pajęczyny, łapacze snów i wspomnień, bo TP wpada w nie za każdym razem.
 Później trzeba to odespać, wyleżeć.
I można wracać.
Nigdy nie do końca.
Kawałek zostaje. W Czereśniowicach, w tajemniczym ogrodzie.
M. też zostawiła. Życie, rodzinę, remont, kozy, koty, Szarego Psa Piątka.
Kawałek jej- i mnie- został. W czyżniach, w Szarolandii, pod jabłonią, w pudełku z Frau Mrau, w blogu. Który oby nie zniknął, jak zniknęło konto na fb. Z wiadomościami, których nie skopiowałam.

I tak to. Jest później, niż myślisz, przypomniała Kalina. Nie spodziewałam się, nie zdążyłam- powiedzieć jej, jaka była dla mnie ważna. Że była drogowskazem. Latarnią morską. Że pisząc każdy post- z tych osobistych, o kotach, ludziach i sobie- zawsze myślałam, co na to Magda, czekałam na jej komentarz.
Ostatni, w maju, był życzeniami szczęścia dla moich poślubionych dzieci.
Przeczytałam wpis, który kiedyś dałam M. na urodziny, i jej komentarze pod nim. I płaczę, dopiero teraz płaczę.
I obiecuję, że zawsze będziesz dla mnie latarnią, Magdo. Chociaż co to ma za znaczenie.
Trochę to wszystko splątane. Ale M. by zrozumiała.
... ale wkrótce się dowiem.
Irsiso windan.
Megi.